Stek banałów

To, co miał do powiedzenia w Warszawie p. Donald Trump trudno określić inaczej niż jako stek banałów. W znacznej części były to banały tak często powtarzane i wyświechtane, że aż irytujące i biorąc pod uwagę bezmiar ignorancji p. Trumpa mam nadzieję, że niecelowo lekceważące Polskę i przez to nonszalanckie i obelżywe. Zapewnienia o wielkości Polski, powtarzanie powszechnie znanych faktów z naszej najnowszej historii, podane w komiksowej wersji, w dodatku jak się dowiadujemy napisane przez wątpliwej jakości historyka, płytkie intelektualnie zaklęcia mające podbijać bębenka narodowej dumy degradowały nasz kraj do roli wodza tubylców w XVII wieku kupującego błyskotki i paciorki od marynarzy, którzy przypłynęli po niewolników. Podobne zapewnienia o przyjaźni, narodowej dumie i historycznej wielkości wypowiadał prezydent Roosvelt do Mikołajczyka, po czym pojechał do Jałty ze znanym skutkiem. Reasumując była to dość smutna wizyta i żałosne przemówienie, którego jedynym jaśniejszym punktem było przywitanie przez prezydenta Trumpa Lecha Wałęsy.
Zrozumiały jest chociaż także słabnący, bo fikcji zbyt długo podtrzymywać się nie da, entuzjazm pisowskich polityków, klakierów i propagandystów, całej tej szczujni wypełniającej reżimowe media i ich przybudówki, usiłujących stworzyć wrażenie, że są wielkimi mężami stanu i sam prezydent Donald Trump rozmawia z nimi jak równy z równymi. W rzeczywistości Trump przyjechał do Polski, o której pojęcie ma nader mgliste, motywowany wewnętrznymi problemami swojej prezydentury zagrożonej obaleniem za niejasne powiązania z Rosją i łamanie prawa. Pod tym względem istnieje duże podobieństwo do pisowskiego rządu. Trump to taki amerykański Kaczyński, a nawet gorzej - Kukz. Z rządzącymi Polską ludźmi łączy go nacjonalizm, niechęć do Unii Europejskiej, nienawiść do przeciwników politycznych w swoim kraju (obelżywe słowa o pani Mice Brzezińskiej, córce prof. Zbigniewa Brzezińskiego), egoizm polityczny przejawiający się między innymi pogardą dla przyszłości naszej planety i naturalnego środowiska w imię populizmu i nieuctwa, lekceważenie praworządności i prawa człowieka, gwiazdorstwo i krętactwo. Obrzydliwe działania przeciwko walce z globalnym ociepleniem upodabniają go do ludzi (casus Szyszko), którzy przed wiekami bezmyślnie wyniszczyli między innymi dronta dodo, moa na Nowej Zelandii czy w Europie tura. To tylko kilka najważniejszych wydaje mi się cech łączących Donalda Trumpa z PiS-em. Dla zwiezionych partyjnymi autokarami za budżetowe partyjne pieniądze klakierów i fanatyków dobrej zmiany, otumanionych przez Rydzyka chorych z nienawiści do wszystkiego, co nie jest PiS-em lub czymś w tym rodzaju, był to z pewnością rodzaj uroczystego wiecu, jaki swoim wyznawcom wszędzie na świecie, co jakiś czas fundują dyktatorzy. Cała reżyseria i organizacja tego widowiska, okrzyki nienawiści przeplatające się z wyrazami uwielbienia, przypominały mi najciemniejsze czasy Marca '68, wiece poparcia dla gen. Moczara, antysemickie spektakle ujawniające najciemniejszą najgorszą stronę ludzkiej natury. To samo zwożenie autokarami, te same lub podobne hasła, te same kiełbaski i grochówka dla swoich, połączone z wyzwiskami pod adresem innych, "gorszego sortu". Zadowolone twarzy beneficjentów dobrej zmiany przeróżnych Sadurskich i Misiewiczów skaczących z radości, bo udało im się dorwać do władzy i jej owoców. Zobaczyliśmy jak w pigułce, czym są obecne rządy.
Otrzeźwienie przyszło błyskawicznie, gdy okazało się, że poza stekiem banałów Trump nie miał Polsce i Polakom nic nowego, ani nawet interesującego do powiedzenia. Gaz amerykański jest bardzo drogi i kupowanie go jest ekonomicznie nieopłacalne. To, że Trump obiecał wreszcie, że Ameryka będzie przestrzegać zasady, na której opiera się NATO, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego jest oczywistością i kompromitacją Trumpa, że mówi to dopiero pół roku po objęciu prezydentury. Przypomina to znany dowcip o kozie i rabinie. Jeżeli wartością ma być pogarda dla Unii i praw człowieka, to można tylko pogratulować ludziom, którzy widzą w tym korzyść dla Polski.
Daniel Fried wybitny amerykański dyplomata były ambasador USA w Polsce broni wystąpienia Trumpa w Warszawie: "...bo jak mówi, miał wobec niego niewielkie oczekiwania. Trump w końcu przyznał, że polityką powinny kierować wartości, mówił o Zachodzie jako o wspólnocie, publicznie potępił Putina - wszystko to zdaniem Frieda oznacza postęp." ("Gazeta Wyborcza", z dn. 8-9 07 2017 r.). Jeśli to ma być postęp to tylko w stosunku do oczekiwań, że Trump powie jakiś stek bzdur będący odejściem od elementarnych interesów USA i Zachodu, czego istotnie nie zrobił. Mówiąc o wartościach i o Bogu warto przypomnieć jego stosunek do kobiet, żenujące wypowiedzi i zachowania w kampanii, sposób bycia godny raczej pisowskiego dygnitarza, a nie przywódcy Wolnego Świata.
Trwa ładowanie komentarzy...